Przeszła po Nowym Ekranie drobna fala tekstów o życiorysach zawodowych. Dołożę swoje „trzy grosze” ... Polski sektor HR jest chory. Przynajmniej z mojej perspektywy.

 

 

Nie neguję użyteczności Curriculum Vitae, szczególnie jeśli trafi we właściwe ręce. Ale bywa z tym różnie. Pierwszą cefałkę, zwaną wtedy „kurvitem”, pisałem pod koniec lat osiemdziesiątych. Od razu w języku angielskim, jako że potrzebował jej pracodawca zagraniczny.

W sektorze IT, w którym przyszło mi działać, porządnie napisane CV jest istotne. Przyjmując nowego pracownika chcemy wiedzieć z jakimi technologiami miał do czynienia i na ile. Tworzenie zespołu przypomina układanie puzzle – jedne elementy pasują, drugie nie. W dodatku każde puzzle jest inne. Ważne jest też CV w jezyku angielskim, aby wiedzieć czy i jak delikwent posługuje się techniczną „lingua franca” .

Chyba nie raz widzieliście, w metrze, lub w lokalu, podekscytowanych czytelników, przeglądających, z wypiekami na twarzy, poniedziałkowy dodatek Gazety Wyborczej „Praca”. No cóż, też tak czyniłem zanim zmądrzałem …

Ostatni raz poniedziałkową gazetę kupiłem przed trzema laty. Ale już nie ze względu na dodatek, a tylko dużą ilość papieru, o dobrych właściwościach higroskopijnych. Dla kota. Zresztą GW do tego znakomicie się nadaje. Ale to było później.

Dodatek „PRACA” okupowała grupa firm HR (co jest skrótem od Human Resources), zwane „Agencjami Doradztwa Personalnego”. A przez poszukujących pracę, po prostu „agenturami”. Ich listę można było znaleźć na rozkładówce. Być może nadal tak jest, zresztą.
Pierwsze moje kontakty z agenturami, w latach dziewięćdziesiątych przypominały słynną rozmowę z Przygód Kanoniera Dolasa. Później przynajmniej robili poważniejsze wrażenie i znali (na pamięć) mądrze brzmiące terminy.

Zdarzyło się to na przełomie stuleci. Szukałem pracy wertując, między innymi, w/w poniedziałkowy dodatek GW. Wielokrotnie pojawiały się ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika, mniej więcej o moim profilu. Krytyczna był technologia X. (aby nie wdawać się w szczegóły techniczne). Akurat w tym miałem niezłe doświadczenie.  Wielokrotnie wysyłałem CV z listem motywacyjnym. Kilka razy nawet oddzwonili i poszedłem na rozmowę do agencji HR. Zabawa trwała wiele miesięcy. W końcu zirytowany pracodawca  dał własne ogłoszenie. Oczywiście wysłałem mu to samo CV z listem motywacyjnym. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać – po paru dniach dostałem telefon i udałem się na spotkanie. Następnego dnia był praktyczny egzamin – po prostu siedli ze mną, na parę godzin, do komputera gdzie rozwiązałem kilka krótkich problemów, używając  wzmiankowanej technologii X. Trzeciego dnia, klikając radośnie, już siedziałem w pracy.

Najciekawsze jednak odkrycie leżało koło drukarki. Stosy listów (wydruki email) od agentur. Również od tych, gdzie wysyłałem CV. Otóż żaden ze „specjalistów” od HR nie potrafił dopasować mojego CV do wymagań klienta. Pracodawcy zajęło to ze ćwierć minuty, no może pół. Zarówno ja, jak i mój pracodawca straciliśmy wiele miesięcy …

W ciągu ostatnich kilkunastu lat wielokrotnie wysyłałem CV i spotykałem się ze „specjalistami” w znanych agencjach doradztwa personalnego. Cechą wspólną, większości z nich, był kompletny brak rozeznania dziedziny, w której prowadzono rekrutację. Na przykład: opowiadał mi gość, ze swadą, o planowanym projekcie sypiąc fachowymi terminami. W pewnym momencie zadałem jedno pytanie: „czy tu chodzi o Java czy JavaScript ?”. Okazało się, że haerowiec nie odróżniał jednego od drugiego. Laikom wyjaśnię, że różnica jest zasadnicza. Nie tylko nie odróżniał, śmiem twierdzić, że w życiu nie widział linijki kodu źródłowego, a jeśli nawet widział – to nie wiedział co to jest. Co zresztą nie przeszkadzało mu sięgać po kasę za przeprowadzanie „profesjonalnej rekrutacji”.

Spośród kilkudziesięciu poznanych rekruterów tylko ze trzy osoby miały pojęcie o temacie, w tym jedna dobre. Wielokrotnie w takiej rozmowie nie dało się ukryć ich ignorancji, więc sami szczerze stawiali sprawę. Na pocieszenie dodam, że dziewczyny były, na ogół, miłe i atrakcyjne 🙂
Aha, jeszcze jedno częstokroć mają przyswojoną, metodą papugi, fachową terminologię i frazeologię. Pracodawcy, jak widać, dają się nabrać.

Oj, długo mógłbym wymieniać przykłady. W gronie kolegów po fachu (również na forach) przytaczam je jako zabawne anegdoty … :-))  Być może i miałbym i skrupuły, jako że w sumie jest to żałosne, ale ONI biorą, za to, kasę.

Oczywiście chodzi o pieniądze. Za znalezienie specjalisty IT biorą całkiem przyjemną kwotę. Oficjalne dane z 2002/2003 mówią o średniej (w Polsce) stawce ponad 8000 PLN za administratora systemu. Tak więc kwoty rzędu kilkunastu tysięcy za programistę Java lub C# wcale mnie nie dziwią. Ceny są ustalane indywidualnie.

Przy problemach z oceną merytoryczną decyzję podejmuje się w oparciu o duperele i kryteria pozamerytoryczne. Po prostu „towar” musi być dobrze opakowany. Stąd, na przykład, idiotyczne teściki, które parę razy wypełniałem. Przypuszczam, że jednym z istotnych kryteriów jest wiek. Co jest o tyle dziwne, że dla znanych mi pracodawców, wiek miał znaczenie najwyżej drugorzędne – chcieli mieć pracownika który rozwiąże konkretne problemy. Razu pewnego dostałem email, gdzie górna granica wieku była podana bezpośrednio: 35 lat. Zadzwoniłem, pytając czy krytyczna jest tylko sprawa wieku: „a co ze światopoglądem lub pochodzeniem etnicznym kandydata ?”. Sziksa, po tamtej stronie linii telefonicznej, była wzburzona …

Nigdy nie udało mi się dostać pracy za pośrednictwem agencji HR. Za każdym razem musiałem trafić bezpośrednio na pracodawcę.

will-code-java-for-food

Bawiąc w USA natrafiłem na horrendalną ilość ogłoszeń o pracy w sektorze IT, poklasyfikowanych według specjalności i języków programowania. (a było to już podczas kryzysu.) Cechą charakterystyczną był jawnie podawany telefon i email bezpośrednio do pracodawcy. W Polsce tego właśnie brak (!).  Ogłoszenia dają, prawie wyłącznie, agentury HR.

Ciekawą sprawą są witryny internetowe dla poszukujących pracę. Często nawet nazwa domeny pozytywnie kojarzy z zatrudnieniem. Funkcjonują one na zasadzie: wyślij swój CV a potem zobaczymy … 

Co jakiś czas pojawia się witryna, gdzie profesjonalista może zamieścić swoją ofertę dla pracodawców. Dziwnym zjawiskiem jest iż po pewnym czasie (liczonym w miesiącach) witryna taka znika lub przekształca się w wyżej opisaną. Osobiście znam tylko jedną, gdzie mogę się ogłosić, ale jest własnością zagraniczną
W praktyce łatwiej nawet znaleźć pracę zagranicą. Pozytywny odzew na ogłoszenia otrzymywałem z zachodu UE. W zeszłym roku zaowocowało to wielomiesięcznym kontraktem.

Moje postrzeganie polskiego rynku pracy dla profesjonalistów jest mało przyjemne: po jednej stronie są pracodawcy szukający pracownika, po drugiej szukający pracy. Pomiędzy nimi stoi szlaban postawiony przez pasożytujący sektor HR z żądaniem haraczu. Ich rolę postrzegam negatywnie.

Powstaje istotne pytanie: czy to już jest kartel firm HR ?

Tym, którzy zarzucą mi tworzenie „teorii spiskowej” odpowiem: kartele są faktem.
W krajach rozwiniętych istnieje specjalne ustawodawstwo a w Unii Europejskiej są nielegalne na mocy artykułu 81 Traktatu Rzymskiego: pl.wikipedia.org/wiki/Kartel

A pytanie może być niewygodne, nie tylko dla firm HR ale również, na przykład, dla koncernu Agora, z którym robią, od lat, niezły interes.

Jak by nie było polski rynek pracy jest chory i nie ma co się dziwić, że profesjonaliści, częstokroć odruchowo, od razu szukają pracy za granicą. Tu nie chodzi tylko o zarobki. W każdym razie nie tylko.

Opublikowano:  w NowyEkran.pl 4 maj 2011 o 11:18