Okres przygotowawczy do radosnego świętowania przez wyznawców triumfu zmartwychwstania Zbawiciela nazwany jest zwyczajowo w Kościele Katolickim Wielkim Postem. Ale zmartwychwstanie i duchowe oczyszczenie, to mity uniwersalne.

 

 

 
Śmierć i odrodzenie "młodego boga" (roślinności, zboża), syna Wielkiej Matki (natury), to podwaliny "patriarchizacji" życia religijnego, wyjścia na plan pierwszy dominacji męskiego ego, jego sakralizacjia w cywilizacji agrarno-miejskiej, gdzie panowanie nad naturą umożliwia cywilizacyjny skok techniczny i utratę szacunku dla naszej Matki, ziemi z jej rytmami i naturalnym biegiem rzeczy i przyjęcia, na mocy teologii kapłańskiej, praw Ojca, obarczającego naturę złem, a duchowość przeciwstawstawiając szamańskiemu mistycyzmowi Natury. Dlatego też post wspólcześnie religijny nie ma nic wspólnegoz jego dawną, mistyczna tradycją… 
 
Idea postu jest stara, jak świat ludzki. Człowiek wszystkich epok i religii poprzez post pragnął osiągnąć duchową czystość i zbliżyć się do Boga. Powstrzymywanie przyrodzonej człowiekowi skłonności do doświadczania przyjemności zmysłowych było symbolicznym odrzuceniem materialności życia i aspirowaniem ku czystej duchowości. Przyjmowało to różnorakie formy od łagodnych i nieszkodliwych po akty wyrzeczeń iście absurdalne i samobójcze.
 
I tak ortodoksyjni wyznawcy hinduskiego dżynizmu potrafią głodzić się na śmierć, równocześnie przez szacunek dla życia są wegetarianami, a poruszając się po drogach zamiatają przed sobą trasę miotełkami, aby przypadkiem nie zadeptać drobnych żyjątek. W ramach „szlachetnego” życia prowansalscy Katarowie wycieńczali się głodem, powstrzymywali od praktyk seksualnych, popełniali zbiorowe samobójstwa, aby wyzwolić się z mrocznych okowów materialnego świata stworzonego przez złego Demiurga. Podczas miesiąca Ramadan wyznawcy Islamu odbywają post i spełniają dobre uczynki, aby oczyścić się duchowo i godnie przeżyć Noc Mocy, symboliczne upamiętnienie pierwszych objawień Mahometa, czyli mistycznego otwarcia granic między światem anielskim i ziemskim.
 
W esseńskiej Ewangelii Prawdy odnajdujemy niezwykły opis postu Jezusa, odbytego w pustynnym odosobnieniu przez symboliczny okres 40 dni. Podczas głodowego oczyszczenia Jezus kontaktuje się z Aniołami Powietrza, Wody i Ognia, które personifikują witalne moce natury i są przewodnikami na ścieżce przywrócenia jedności z kosmicznym Źródłem. Zatem post Jezusa jest wielkim misterium „wejrzenia w istotę rzeczy”, a nie jałowym, cierpiętniczym samoudręczeniem. Jest zatem pewnym, że idea postu narodziła się w starożytnej tradycji mistycznej jako droga do bezpośredniego doświadczenia Boga bez pośrednictwa instytucjonalnego. Współczesne pojmowanie owego zjawiska, niestety daleko odbiega od pierwotnego ideału owej duchowej praktyki.
 
Chrześcijaństwo zaadoptowało na własny użytek wiele archaicznych obyczajów pogańskich, siłą rzeczy więc spod zmodyfikowanej formy wymykają się wielokrotnie stare treści. Obserwuje się także swoiste zjawisko „dialektyki” zakorzenionego obyczajowo i żywego podskórnie nurtu starej duchowości ścierającego się z ekspansywną i urzędowo instalowaną wiarą Kościoła Katolickiego. W dawnych czasach w ceremoniach obrzędowych Popielca ścierały się ze sobą dwie tendencje doświadczania święta: religijno – ascetyczna i hulaszczo – błazeńska. Było to wyrazem kształtowania się nowej świadomości Europejczyka, która przenosiła w obszar obyczajowości zbiorowej element kontemplatywny, czyli postawę wypracowaną przez mistyków pustyni, jako formę indywidualnego kontaktu z sacrum. Czy było tak w istocie, czy zaliczyć to można do sfery pobożnych życzeń, mógł rozstrzygnąć tylko indywidualnie każdy wyznawca wkraczający z pokorą i skupieniem w czas wielkopostny…
 
Kulminacją okresu kontemplatywnego wyczekiwania na symboliczne zmartwychwstanie Chrystusa były i są świąteczne ceremonie kościelne w czasie Wielkiego Tygodnia. Ten kluczowy dla chrześcijanina okres otwiera Niedziela Palmowa. Głównym atrybutem jej uroczystości są palmy. W tradycji pogańskiej zielona gałąź, zwana zwyczajowo „gaikiem”, symbolizowała odradzającą się przyrodę. Chodzenie po wsiach z tzw. gaikami, czyli zielonymi wiązankami przyozdobionymi wstążkami i świecidełkami, było powszechnym w Polsce obyczajem ludowym zachowanym po dzień dzisiejszy na Opolszczyźnie. Ponadto istniał także stary obyczaj umajania zielenią wnętrz chat, wywodzący się od prasłowiańskiego kultu drzew jako epifanii (przejawień materialnych) boskiej mocy. Kontynuacją tej tradycji jest praktykowany w niektórych regionach Polski zwyczaj magicznego wykorzystywania wielkanocnych palem do ochrony obsianych pól przed inwazją złych mocy, czyli szkodników. W tym celu zatyka się poświęcone palmy w czterech rogach pola, niczym totemy… 
 
W chrześcijańskiej wersji palmy upamiętniają triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy, kiedy to zgodnie z przykazem ewangelicznym mieszkańcy miasta witali swego Mesjasza gałęziami palmowymi, aby wyrazić swą nadzieję na przyjście czasu triumfu pokoju i Królestwa Bożego. Palmy mają w naszej tradycji ludowej różnoraką formę i kaliber i są swoistymi dziełami sztuki rękodzielniczej. Najpospolitszą formą palmy są małe i skromne bukieciki z wierzbowych gałązek, na których siedzą szare kulki bazi. Wzbogacają je gałązki bukszpanu i wszelkiego rodzaju suszonych kwiatów, najczęściej nieśmiertelników.
 
Korzeni popularnego w całej Polsce obyczaju sporządzania palm doszukiwać się należy na Wileńszczyźnie, skąd obyczaj ten z upływem lat rozprzestrzenił się na terytorium całej Polski. Wileńskie palmy były pałkami uplecionymi wokół kiji różnej wielkości i grubości, a sporządzone z różnobarwnych suszek kwiatowych ułożonych w misterne kompozycje. Najbardziej znane są współcześnie obyczaje Niedzieli Palmowej na Ziemi Sądeckiej i Kurpiach, gdzie obnoszone są w procesjach wysokie na kilka metrów i ozdobione różnokolorowymi wstążkami palmy. Z okolic Łomży wywodzi się zaś obyczaj chłostania rózgami wierzbowymi kawalerów przez zadziorne panny, które podczas rytualnej chłosty wygłaszały taką sentencję: „nie ja biję – wierzba bije. Dziś dzień – wielki dzień, za tydzień noc – Wielkanoc”.
 
Praktykowanym ongiś obyczajem Niedzieli Palmowej było łykanie przez gorliwców bazi wierzbowych i rytualna chłosta młodymi gałązkami wierzbiny, które to ceremonie miały ponoć gwarantować dobre zdrowie ich amatorom. Baziami karmiono także bydło, aby magicznie uchronić je przed chorobami. Jest pewnym, iż geneza tych obyczajów sięga czasów pogańskich, i wiąże się z symbolicznymi formami powitania wiosny i odrodzenia natury, które to zjawisko jest najstarszym i najbardziej uniwersalnym symbolem zmartwychwstania życia. Sakralność natury, to pierwotny korzeń ludzkiej religijności.
 
Zaś czysto chrześcijańskim, dawnym obrzędem, wywodzącym się z motywów biblijnych, było obwożenie w procesjach figury Chrystusa na osiołku zainstalowanej na wózku, które po obejściu kościoła wychodziły na ulice miast i wsi. W owych spektaklach uczestniczyło od XVII wieku wielu jednodniowych aktorów, przyjmujących role takich historycznych postaci czasów biblijnych jak: pielgrzymów, bogatych kupców, handlarzy wonności, żołnierzy, żebraków, a odgrywali oni sceny tyleż zabawne co pouczające. Zgromadzone tłumy odtwarzały realia tryumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, sypiąc pod nogi korowodu kwiaty, wznosząc radosne okrzyki: „Hosanna!” i wymachując poświęconymi palmami. Już pod koniec XVIII władze kościelne zakazały, dopatrując się profanacji, praktykowania owego obrzędu, co spowodowało że z ulic miasta przeniósł się on do karczm i szynków i przybrał formę zdecydowanie krotochwilną, czy wręcz szyderczą, a potem obumarł śmiercią naturalną.
 
Następująca, jako kolejna odsłona Wielkiego Tygodnia, Wielka Środa rozpoczynała się mszą zwaną Ciemną Jutrznią upamiętniającą męczeńską śmieć Chrystusa. Dawnymi laty po mszy księża bębnili o ławki swymi brewiarzami co symbolizowało gruchot rzucanych o ziemię naczyń glinianych praktykowany w starożytnej Palestynie jako wyraz rozpaczy i kresu istnienia. Bardzo często zwyczaj ten wykorzystywany był do psot praktykowanych przez niecnych chłopaków, którzy dla hecy biegali po kościołach i z całej siły walili po ławkach kijami czyniąc tumult wielki i zamieszanie, co miało zgoła odmienny wyraz od dostojnego, posępnego łoskotu brewiarzy. Służba kościelna podejmowała zdecydowaną walkę z tą plagą i przy pomocy batów starała się rozpędzać intruzów. Było to pretekstem do kontrataku urwisów, którzy zbrojni w sękate kije przystępowali do bitewnej rozprawy. A gdy czuli swą bezkarność w konfrontacji z kościelnymi starowinami szli jeszcze dalej w swej świętokradczej parodii i chóralnie odśpiewywali w takiej oto strawestowanej formie teksty nabożnych godzinek: 
 
„Zacznijcie wargi nasze
pić gorzałkę z flaszek
a wy karczmareczki
dajcie gorzałeczki.”
 
W obyczajach Wielkiej Środy pobrzmiewają także echa pogańskiego obyczaju uśmiercania Marzanny, czyli symbolu odchodzącej zimy i czasu przebudzenia z cyklicznej śmierci odradzającej się natury. Na przestrzeni XVII – XVIII wieku Kościół dołożył starań, aby pogańskiemu rytuałowi nadać treść chrześcijańską. Przyjmuje on zatem formę strącania z wieży kościelnej słomianej kukły symbolizującej Judasza, która pogardliwie odziana w łachmany i z sakiewką wypchaną 30 kawałkami tłuczonego szkła, jako parodią symbolu zdrady, czyli srebrników, waliła się na bruk ulicy przy gromkim śmiechu zgromadzonego tłumu i szyderczym skandowaniu przeklętego imienia: „Judasz, Judasz!”. Potem uliczni urwipołcie brali kukłę Judasza na postronek i z głośnym wrzaskiem włóczyli po ulicach. Szczątki kukły Judasza palono w ognisku na miejskich opłotkach lub topiono w rzece. Podobne praktyki dręczenia napiętnowanej ofiary czyniono także z nieszczęsnymi kotami, od wieków nieżyczliwie postrzeganymi jako istoty sprzymierzone ze złymi mocami, a nawet samym Diabłem. Owi zwierzęcy kompani czarownic i czarnoksiężników doświadczali względnej przyjemności spuszczania we wnętrzu garnka wypełnionego popiołem ze schodów kościelnej wieży, a potem tłumnie gnano po ulicach ów znienawidzony „diabelski pomiot”.
 
Wielki Czwartek był dniem, kiedy w kościołach milkły dzwony, by zabrzmieć powtórnie podczas mszy rezurekcyjnej. Także ministranci używali drewnianych kołatek zamiast liturgicznych dzwonków. Obyczajem wielkoczwartkowym był także ceremoniał umywania nóg dwunastu starcom, przeważnie, miejskim żebrakom przez możnych tego świata, aby w tym geście ukorzyć swą pychę i podkreślić złudność ziemskich zaszczytów wobec perspektywy życia wiecznego. Było to symboliczne odtwarzanie gestu Jezusa, który to umywszy nogi swym apostołom przed Ostatnią Wieczerzą pomimo swej duchowej wielkości dał wyraz równości i jedności z wszystkim bliźnimi w swej ziemskiej roli.
 
Zdecydowanie nie licującym z posępnym, żałobnym nastrojem Wielkiego Tygodnia był wielkoczwartkowy obyczaj urządzania ulicznych hałasów przez miejskich urwisów. Pobrzmiewają w tym obyczaju echa dawnych „świąt głupców” i karnawałowego „odwrócenia porządku rzeczy”, kiedy to parodiuje się szyderczo wszystkie najbardziej wzniosłe i poważne obyczaje i wartości ludzkie. A zatem na ulice wybiegały hałastry urwisów ciągnąc przygotowane na tą okazję machiny w kształcie kołowrotów, które drewnianymi łopatkami uderzały o rezonujące listwy czyniąc hałas straszny. Nabywali także u ulicznych handlarzy drewniane kołatki i inne akustyczne „przeszkadzajki”, aby tym sposobem wzmocnić pandemonium ulicznego hałasu.
 
Wielki Piątek w tradycji staropolskiej, to dzień pochodów biczowników. Biczownicy, wedle obyczaju, odziani byli w długie płaszcze z kapturami, a nazywano ich kapnikami. Spośród gromady pokutników wybierano osobę do odgrywania postaci Jezusa, a na jego kaptur naciskano cierniową koronę i obciążano grzbiet nieszczęśnika potężnym krzyżem drewnianym, a aktor z teatralnym przerysowaniem tragicznie uginał się pod owym brzemieniem, pragnąc dramatycznie odtworzyć cierpienia Zbawiciela. Inni zaś uczestnicy pasyjnego spektaklu przyjmowali role siepaczy i zapewne nieźle się wyżywali na swym wcielonym w postać Jezusa kompanie, szarpiąc krępujące jego ręce łańcuchy i okładając go płazem dobytych szabel. Jako, że zapewne nie tyle ekspiacyjne, co poszukujące życiowej przygody były motywy uczestnictwa w owym spektaklu pasyjnym, takie też nie najwyższych lotów postawy moralne uczestników kryły się pod ewangelicznymi strojami. Wielokrotnie biczownicze korowody jako ceremonie z natury swej teatralne kończyły się u bram kościoła, a ich uczestnicy miast modlitewnej kontemplacji udawali się do karczm na kufel piwa, czy niuch tabaki. Zaś w karczemnym kontekście jakże groteskowo wyglądały ich pokutnicze kreacje i rzekomo wzniosłe intencje. 
 
Znacznie bardziej poważną i podniosła ceremonią wielkopiątkową było odwiedzanie grobów Pańskich w kościołach. Wedle tradycji godziło się odwiedzić co najmniej 7 kościołów, lecz gorliwsi zaliczali groby we wszystkich świątyniach miasta. Przy grobie należało spędzić czas jakiś na modlitewnym skupieniu i rozpamiętywaniu brzemienia win ludzkich, dla których odkupienia życie oddać musiał niewinny Syn Boga. Wychodząc z kościoła godziło się suto sypnąć groszem licznie zgromadzonym żebrakom, aby w ten sposób choć po części zadośćuczynić popełnionym grzechom. Same zaś groby były często wymyślnymi konstrukcjami mechanicznych teatrów lalkowych, gdzie święte postacie proroków: Abrahama, Izaaka, Józefa, Daniela, czy Jonasza uczestniczyły w realistycznie odtwarzanych spektaklach niedoszłej ofiary z syna, czy cudownego ocalenia w jaskini lwów.
 
Najważniejszym elementem symbolicznym był jednak straszliwy wieloryb, który w czeluści swego wnętrza przetrzymał Jonasza przez trzy dni, aby uwolnić proroka do głoszenia słów Pana w mieście Niniwa, a jego historia stała się pierwowzorem zmartwychwstania Jezusa. Zaś biblijnym dramatom towarzyszyły teatralne przewracanie szklanymi gałkami oczu i pompatyczne gesty bohaterów. Zaś przy samym grobie odprawiali wartę żywi żołnierze przyobleczeni w rzymskie stroje. A zatem nie sama pobożność, ale czasem zwykła ciekawość obejrzenia rzeczy niezwykłych, magicznego teatru biblijnego, zapełniała kościoły w Wielki Piątek.
 
Warto jeszcze wspomnieć o starym obyczaju siania zielonych gaików z pszenicy i rzeżuchy na donicach i talerzach obłożonych wilgotnym płótnem, których to tradycja sięga czasów antycznych i wywodzi się od wiosennych „ogródków Adonisa”. Zwłaszcza we Włoszech i Grecji obyczaj ten ma widoczny związek ze starym kultem, kiedy to obsiane przez kobiety pszenicą, soczewicą i siemieniem lnianym talerze wnoszone były do kościołów i stawiane przy grobie Chrystusa, gdyż symbolizowały tą samą ideę zmartwychwstającego Boga. Warto tu jeszcze przypomnieć relację św. Hieronima, który podaje, iż w Betlejem, tradycyjnym miejscu narodzin Jezusa, znajdował się święty gaj Adonisa, który był bogiem-duchem zboża, a zatem wybranie Betlejem (Dom Chleba) na sanktuarium było bardziej zgodne z naturą owego Boga, niż Syna plemiennego Boga pasterzy.
 
Fakt, iż Jezus wygłosił owe symboliczne słowa: „jam jest chlebem życia” świadczy, że użył on metaforyki zaczerpniętej z archetypu starej religii agrarnej, zaś podobieństwo ofiarnej śmierci i zmartwychwstania obu boskich postaci jest tu nieodparte. Posiadającą także pogańskie zakorzenienie była wielkopiątkowa ceremonia obmywania ciał w rzekach i jeziorach. Tego dnia ponoć wody wszelkie posiadać miały cudowne właściwości i chroniły śmiałków przed wszelkimi chorobami, a co najmniej białogłowy przed utrapioną plagą piegów. W ceremoniale owym uczestniczyli tylko ludzie dorośli, którzy obnażywszy swe ciała powracali do niewinnośći rajskiej, a po wyjściu z lodowatej wody rozgrzewali się siekąc rózgami i krzepiąc tęgą gorzałką.
 
Dawnym obyczajem wielkosobotniym było święcenie ognia, który płonął przed kościołem w formie ogniska, a symbolizował pierwotnie pogański żywioł potęgi i gwałtowności potężnej i tajemniczej natury, poprzez którą manifestował swą moc sakralną jej władca – Bóg. Hinduski bóg ognia – Agni jest personifikacją kosmicznej mocy, która ku swojej chwale trawi dary ofiarne. W starożytnej Grecji patronka ogniska domowego, Hestia, była opiekunką rodzinnej pomyślności i bezpieczeństwa. W rzymskiej świątyni Westy świętego ognia strzegło dwanaście dziewic-kapłanek zwanych westalkami. Z początkiem Nowego Roku najwyższy kapłan (Pontifex maximus) zapalał święty ogień przy pomocy promieni słonecznych skupionych we wklęsłym zwierciadle, gdyż nie mogła go skrzesać pokalana ręka ludzka.
 
Zaś w schrystianizowanej formie płomień symbolizował światło Ducha Świętego, a także płomienny żar wiary młodego Kościoła, który przywoływany jest w czasach obecnych w formie zewnętrznej ceremonialności, czyli jedynie teatralnie, podczas wielkich uroczystości kościelnych dla rzesz statystów. Dawnymi czasy istniał też obyczaj krzesania ognia z kamienia, który to obrządek symbolizował zmartwychwstanie Chrystusa, jako wystrzelenie iskry życia z kamiennego grobu. Pozostałością tego obyczaju jest współczesne święcenie potężnych świec paschalnych. Także tego dnia odbywa się święcenie wody i olejów, które symbolizują chrześcijańskie obmycie z win grzechu pierworodnego i namaszczenie łaską. Pierwotnie były to pogańskie symbole prastarego, sakralnego żywiołu – wody, pierwotnego tworzywa natury, mocy oczyszczającej, odwiecznego źródła życia i wzrostu wszelkich istot żywych.
 
Wielka Sobota, to tradycyjny dzień święcenia wielkanocnych jajek, czyli pisanek, a także wszelkiej kategorii świątecznego jadła. Od rana wierni udawali się do kościołów z wiklinowymi koszykami zawierającymi w swych wnętrzach przeważnie: mazurki, drożdżowe baby, pęta kiełbasy, szynki, masło, chrzan, no i cukrowe baranki. Te baranki były symbolami niewinnej śmierci Chrystusa, uosobienia jego czystości i niewinności, który złożył ofiarę swego życia jako „Baranek Boży, który gładzi grzech świata”. Przede wszystkim zaś pisanki, które w zależności od regionu nazywano kraszankami lub oklejankami.
 
Owe malowane jaja, to archaiczny symbol płodności, odrodzenia i wiecznego powrotu życia. Jajo jest najstarszym symbolem zarodka życia wyłaniającego się z chaosu bezkształtnej materii, kondensatu kosmicznych sił, z których narodziły się Niebo i Ziemia. W starożytnym świecie był to uniwersalny symbol pojawiający się w kulturze ludzkiej od Galii do Japonii. W Chinach wielu bogów i bohaterów narodziło się z jaj. Najstarsze znane pisanki pochodzą ze znalezisk archeologicznych z sumeryjskiego miasta Asharah z warstw datowanych na ponad 3 tys. l. p. n. e. Pokryte są one piktogramami przedstawiającymi idole płodności i odrodzenia natury. Archeologicznie stwierdzone jest występowanie pisanki jako symbolu nieśmiertelności życia w starożytnych kulturach Chińczyków, Persów i Fenicjan. W grobowcach beockich znajdowały się figurki Dionizosa z jajkiem w ręku jako symbole reinkarnacji. Galowie i Germanowie składali jajka w ofierze swoim bogom podczas wiosennych obrzędów płodności.
 
Najstarsze pisanki odnalezione na ziemiach polskich pochodzą z X wieku i są pogańskimi przedmiotami magicznymi. Jako symbole życia zakopywane były na dobrą wróżbę pod progami słowiańskich chat. W tradycji chrześcijańskiej wykluwające się z jaja pisklę symbolizuje Chrystusa zmartwychwstającego z więzienia grobu. Tak więc pradawna, pogańska forma ma teraz "słuszną treść".
 
Niedziela Wielkanocna była najważniejszym dniem w życiu gorliwego chrześcijanina, gdyż wyrażała ona obrzędowo największą tajemnicę jego wiary, czyli triumfalne zmartwychwstanie Zbawiciela i kończyła smutny i refleksyjny czas przygotowawczego postu. Sam motyw zmartwychwstającego Boga jest stary jak świat antycznej kultury ludzkiej. W strefie umiarkowanej najbardziej spektakularną ilustracją wiecznego powrotu życia jest rytm pór roku z okresem zimowej śmierci świata roślin i wiosennego ich odrodzenia. To prawzór zmartwychwstania. Dlatego też w magicznych dramatach ilustrujących fundament niezmienności tego cyklu główne role grają bogowie-opiekunowie wegetacji roślinnej. Tak więc w starożytnym Sumerze był to Dumuzi, w Egipcie Ozyrys, w Babilonii Tamuz, w Fenicji Attis, zaś w Grecji Dionizos. Postacie owych bogów symbolizowały mechanizm wielkiego spektaklu obumierającej i odradzającej się natury, a zatem zjawiska przekraczającego swym uniwersalnym wymiarem ludzkie, jednostkowe doświadczenie. Na zasadzie prostej analogi każdy wyznawca mógł w akcie wiary wkomponować swój dramat istnienia i śmierci w ten powszechny rytm natury. W przypadku chrześcijanina jest to wiara, że ofiarny akt śmierci Syna Bożego, daje każdemu wyznawcy szansę na życie wieczne, czyli indywidualną nieśmiertelność. Jest to zatem kolejna wersja ucieleśniająca mit odwiecznej tęsknoty człowieka do przezwyciężenia śmierci, czyli nieśmiertelności. Prastary archetyp opakowany w chrześcijańską formę…
 
O wielkim triumfie życia nad śmiercią i bożej miłości nad potępieniem człowieka zwiastowały wszystkim wiernym już wczesnym rankiem brzmiące donośnie dzwony rezurekcyjne, które pierwotnie zwoływały wiernych do kościołów o północy, lecz w czasach króla Stanisław Augusta obyczaj te ze względów bezpieczeństwa i wygody wiernych przesunięto na godziny poranne. Dawnymi czasy bijącym dzwonom towarzyszyły salwy armat i moździerzy w szlacheckich dworach, a służba folwarczna grzmiała ze strzelb i strzelała z batów. Przed kościołami płonęły zaś beczki ze smołą, symbolizujące płomień odrodzonego życia, a wychodzący z mszy rezurekcyjnej uczestnicy dzielili się święconymi jajkami w asyście symbolicznie gorejących ogni.
 
Owa ceremonia jest analogią do bożonarodzeniowego łamania się opłatkiem, a wyraża ducha wspólnoty pojednania i miłości wszystkich uczestników wielkanocnego święta. De facto jest to prastary obyczaj zaklinania płodności, a więc ciągłości rodu i obdzielania się siłą żywotną symbolicznie zawartą w jajku. Idea wielkanocnego braterstwa zobowiązywała także szlachtę do dzielenia się jajkiem z podanymi, a szczodrzy dziedzice prócz owego gestu wspierali to jeszcze wyniesionym przed ganki dworów jadłem i gorzałką dla chłopów, a także datkami pieniężnymi i deputatami świątecznymi maki, kaszy kartofli…
 
Zasadniczym obyczajem Niedzieli Wielkanocnej, w swym ludycznym charakterze zdradzającym niewątpliwie pogańskie korzenie, było świąteczne biesiadowanie. Ta eksplozja sycenia się zmysłową radością, w swej istocie bezceremonialnie fizjologiczna, niewiele miała wspólnego z chrześcijańską tradycją powściągania potrzeb cielesnych, ale była oczywistym wyrazem archaicznej koncepcji święta, czyli przekraczania w swym nieumiarkowaniu norm codzienności. Fakt, że przetrwała do dzisiaj i jest dla wielu prawdziwą „esencją” wiosennego święta zmartwychwstania świadczy dobitnie, że w Europie religijność człowieka jest wypadkową ścierania się dawnej tradycji afirmacji świętej, boskiej natury i nowej wiary stawiającej Boga pomiędzy człowiekiem i naturą.
 
Warto wspomnieć jeszcze o zwyczaju drugiego dnia Świąt Wielkanocy, czyli Lanym Poniedziałku, albo Dyngusie, którego pochodzenie jest w sposób oczywisty pogańskie, gzie "święta woda" odradza człowieka, jak niebieski deszcz matkę ziemię. Jednak przez lata pierwotny, sakralny charakter rytu zatarł się całkiem. Mało kto dopatrywał się w tym prostackim rytuale echa dawnego, pogańskiego ceremoniału obmycia w wodzie, czyli zmycie brudu śmierci-zimy i powołania wraz z wiosną do nowego, odrodzonego życia.
 
W dawnej Polsce przyjmował on znacznie bardziej dramatyczny i wręcz brutalny charakter, niż obserwujemy to współcześnie. W ruch szły pokaźnych rozmiarów naczynia jak wiadra, konewki, dzbany, sikawki i flachy, a do ich zawziętej obsługi ruszała ochoczo zarówno epizodycznie szlachta jak i powszechnie prości chłopi. Całe wsie oddawały się istnej orgii zalewania, pławienia i sieczenia. Często podczas dyngusa w ruch szły rózgi, a młode niewiasty i dziewczyny wrzucane bywały do studni lub pławione w stawach.
 
Echa tego można było odczytać, jednakże w tak dalece rozmytej formie, kiedy to wedle relacji Jędrzeja Kitowicza: „amanci dystyngowani chcąc ceremonię tą odprawić na amantkach swych bez przykrości, spryskiwali je po ręce, a najwięcej po gorsie małą flaszeczką”. Ale zarówno w plebejskiej, jak i dworskiej formie, dyngus nie znaczył wiele, jako rytuał oczyszczenia, ale jako bardziej lub mniej wyrafinowana zabawa. Ale tak właśnie przemiany kulturowe "opróżniają formę z treści". Nazywa się to popularnie rozwojem, choć czasem jest on ojcem "pustych form" i życia zredukowanego do doświadczń z poziomu rdzenia kręgowego i jelit…
 
Jak każde święto powołane przez człowieka pod słońcem tej ziemi ma Wielkanoc za zadanie nadać naszemu życiu sakralnego wymiaru, wprowadzić nas w atmosferę  wzniosłości wykraczającej poza banał codzienności, odnowić nas, a także odsłonić głębszy, transcendentny wymiaru naszej egzystencji. Obyczaje wielkanocne w pełni odsłaniają tendencję religijnej ekumenii, która pod dekoracją obrzędowej odmienności poszczególnych wyznań ukrywa odwieczną tęsknotę do spotkania z Bogiem, który jest największym symbolem duchowej wspólnoty rodziny człowieczej.
 
Bo przecież Bóg, to dramatyczny i niepojęty, niewyjaśniony w swej naturze fakt psychiczny, a nie zjawisko obiektywne, potwierdzane przez "uczonych w piśmie" uzyskanymi dla wzmożenia religijnego żaru "najnowszymi opisami i zdjęciami boga". Bowiem Bóg Prawdziwy jest poza granicami ludzkiego poznania, poza małoduszną kalkulacją zbawienia, poza ziemskimi normami moralnymi i niskimi celami elit kapłańskich. Jest On niepojętym "metafizycznym magnesem", poza egoistycznym oczekuiwanie niebieskiego wywyższenia za ziemskie poniżenia, który pociąga naszą świadomość ku zakrytym sprawom "królestwa nie z tego świata". Jest, więc sprężyną napędową wszelkich szlachetnych i twórczych postaw, a jego nieogarnialność uczy intuicyjnie szacunku dla odmienności i różnorodności. Jest oceanem niepewności i przystanią jasności dla tych, którzy nie boją się rejsu w nieznane, podróży do lasu duszy, gdzie śmiałków czeka oświecający "kwiat paproci"…
 
Zatem Bóg, a nie katechizmowo-obrazkowa "bozia", jest źródłem odwiecznego, twórczego niepokoju człowieka, a także ekstatyczną iluminacją spełnionych wysiłków na drodze duchowego rozwoju. Jest On także paradoksalnym scaleniem w jedność ojcowskiej sprawiedliwości i matczynej miłości, które wspólnie pomagają człowiekowi utrzymać umysłową dyscyplinę, a zarazem też mieć podstawy, aby liczyć na rozgrzeszenie z przyrodzonych słabości i włączenie po śmierci do mistycznej "pełni szczęścia". Przede wszystkim zaś traktować Go należy jako symbol odwiecznej woli odnowy i ciągłości życia, widzieć w Jego przejawach "kosmiczne pulsowanie", tajemnicę jedności życia i śmierci, w obliczu czego nasz pojedynczy żywot jest (cenną i niezbędną) falą w wielkim oceanie życia, a nasze pojawienie się i odejście, to akt boskiego dramatu.
 
To wielkie pocieszenie i wsparcie, bilet nadziei poza kres ziemskiej drogi, poczucie bycia włączonym w niepojęty cykl metamorfoz Absolutu, gdzie każdy z nas, za Angelusem Silesiusem, stać się może żłóbkiem, gdzie narodzi się Jezus, a precyzyjnie, świadomość każdego człowieka może wypełnić się boskim światłem i jego rozum, wola i czyny będą prostą i bezbłednie dobrą realizacja "ewangelii miłości", bowiem to Miłość jest boskim pierwiastkiem w człowieku i nieomylną ścieżką Dobra w złym, spodlonym świecie.
 
A zatem każdego poranka niechaj zmartwychwstaje w nas boska światłość i prowadzi nas godnie i heroicznie poprzez mroczny labirynt świata szlachetną ścieżką miłości ku wrotom Tajemnicy. To nie jest patos, ckliwość czy przesadna egzaltacja, to wyraz prawdziwie trafnego stosunku do życia, które podniesione do rangi boskiego synostwa zawsze jest święte. Dlatego, też najcięższą próbą, dramatycznym rytem inicjacyjnym, jest obumarcie ziemskim, ciemnym człowiekiem i zmartwychwstanie śiwtlistym Dzieckiem Bożym. Oby każdy z nas dostąpił tej cudownej przemiany, w czas świąteczny Zmartwychwstania Pańskiego lub w swoim, osobistym czasie…            
 
AntoniK  
Wrzeszcz, marzec 2010 roku