Polska Droga, czyli potencjalne „Tao” nadwiślańskie

 

 

Nasz „kompleks polski” od lat eliminuje wiedzę o rodzimych tradycjach demokracji szlacheckiej, zrodzonych z humanistycznej myśli społecznej postaw obywatelskich oraz tolerancji, a poszukuje wzorów politycznych i obyczajowych na „tryumfującym Zachodzie”. Zapominamy o rodzimych ideach reformatorskich chrześcijaństwa, romantyzmu, socjalizmu, a także wkładzie dorobku naukowego i filozoficznego w myśl europejską. 

 
Z Zachodu czerpaliśmy zawsze bezrefleksyjnie formy i idee, nie wierząc we własny potencjał ducha, aby wypełnić je rodzimymi treściami, które w efekcie finalnym były karykaturalne i nieadekwatne, gdyż nie wyprowadzone z „ducha” tylko z obcej „litery”. Do krajów Zachodu mieliśmy ongiś żal, że nie pomagają nam w odzyskaniu niepodległości, choć tak się staramy do niech upodobnić kulturowo, że jesteśmy niemal „bardziej papiescy niż papież”, i na dodatek bronimy jego wartości przeciw wschodniemu barbarzyństwu jako „przedmurze”. 
 
Oto uproszczona wizja polskiej „mitologii”, której echa, niczym takty „chochołowego tańca”, zatruwają do dziś nasze umysły i budzą resentymenty. Lecz to błędna optyka…
 
Klęski i zapóźnienia cywilizacyjne, wynikające z duchowego marazmu powinny raz na zawsze nauczyć nas, że w Europie niepotrzebni są wzniośli piewcy idei i przegrani męczennicy, robiący wiele hałasu wokół swej martyrologii, ale skuteczni w promocji kultury, rozsądni politycznie i konkretni w ofertach ekonomicznych realiści. Dopóki nie staniemy się stroną dla kulturowych, gospodarczych i prawnych standardów europejskich, będziemy tylko wystawać w „przedsionku unijnym” i otrzymywać policzki upokorzeń w postaci oskarżeń o prawny chaos, ekonomiczne zacofanie i szczególne zaniedbania w dziedzinie kultury umysłowej obywateli, a więc pleniącej się nietolerancji, antysemityzmu, ksenofobii, pijaństwa, złodziejstwa i społecznego schamienia. 
 
Dajemy w ten sposób wyborny pretekst, gdyż Europa nie chce postrzegać nas jako kulturowych partnerów, a jedynie „obcą dzicz”, którą należy cywilizować, czyli ekonomicznie eksploatować i zmuszać do konsumpcji tandetnych produktów i legalizacji ustaw prawnych sprowadzających obywatela do roli bezrefleksyjnego konsumenta. Lecz to właśnie nasza tradycja tolerancji i prekursorskiej na europejskim gruncie idei demokracji szlacheckiej, czyli prawnego ograniczenia władzy króla, decyzji o podatkach i wojnach, ustaw chroniących praw innowierców podejmowanych przez sejm (w europejskich monarchiach absolutnych, przez króla) powinny być traktowane jako wspólne dobro europejskiej kultury i nasz polski wkład w jej dorobek, a więc przysparzać nam dumy, a nie wstydu kulturowego kopciuszka… 
 
Otwarta w Brukseli 1 maja 2004 roku, czyli w dniu akcesji unijnej, a przygotowana przez Macieja Rydla z Uniwersytetu Gdańskiego wystawa „Dwór polski” cieszyła się wielkim uznaniem i była czytelnym sygnałem, jakie tradycje kulturowe i wartości ideowe mogą promować Polskę, jako równoprawnego partnera unijnego. Na pewno nie nasza współczesność, ale tradycja, jeszcze nie odkryta, bogata i szlachetna, zapomniana panorama szlacheckiej demokracji… 
 
Historycznie, genetycznie, ideowo i pragmatycznie, nie należymy jednak ani do Zachodu, ani do Wschodu, gdyż ani zachodni indywidualizm i pragmatyzm, ani wschodni kolektywizm i wiernopoddańczość nie wynikają z naszych tradycji i zbiorowej mentalności. Dawna Rzeczpospolita była związkiem jednostek tworzących społeczeństwo, które funkcjonowało w państwie zobowiązanym przez kontrolę obywatelską do respektowania praw, a więc ich wolności ideowej, dobrostanu i bezpieczeństwa. W takiej rzeczywistości społecznej było miejsce dla realizacji aspiracji duchowych i materialnych narodu, którym była wtedy liczna (ok. 10% populacji, kiedy w Anglii na on czas było jej tylko ok. 2%) szlachta. A więc wtedy byliśmy awangardą kulturową Europy…
 
Lecz dziś w życie mogą zostać wcielone nieziszczone idee sarmackie, a więc „konfederacja wszystkich stanów” i równość wszystkich przed Bogiem, który nie jest metafizycznym „surowym sędzią” i dyrektorem kościoła „Roman Catolic”, który nie chce mieć wyznaniowych rywali i buduje potęgę na swej "jedynej słuszności" i bezrefleksyjności wyznawców, ale Tego, co„Światłością Umysłu” i ścieżką poznania „Jedności w Wielości”, patronem miłości i solidarności ludzkiej. A zatem idzie tu o powszechnie zrozumianą i wcieloną w życie idę pomocy wzajemnej i równości wobec spraw ostatecznych, która zastąpi model egoizmu i walki o byt, bo człowiek nie jest ani klasycznym zwierzęciem, ani kompilacją maszyny ze zwierzęciem, tylko bytem samoświadomym, który może cenić godność życia, jako wartość najwyższą, zarówno w sobie, jak i każdej innej istocie żywej. Istnieją zatem przesłanki przemiany, zarówno duchowe, jak i pragmatyczne, a to dzięki rozwojowi nauki, kultury i cywilizacji humanistycznej, czyli dedykowanej człowiekowi, a nie normom i wynikom ekonomicznym…
 
Tą najbardziej znaczącą historycznie przesłanką, że jako Polacy mamy do zaoferowania Europie niezwykły kapitał duchowy, jest nasza polska filozofia czynu, ewenement w skali  światowej. Ta  filozofia, to przeciwstawienie fatalizmowi "działających ponad głowami ludzi" praw magicznych, historycznych, rynkowych, boskich czy kosmicznych, naszej woli i rozumu, to nasze heroiczne przeciwstawienie ślepemu fatum  ludzkiego planu porządku i wartości, to nasza "epifania" podmiotowości, naszej ludzkiej skali duchowych aspiracji i moralnego porządku naszej wspólnoty. 
 
Świat, ludzki świat, w ujęciu filozofii czynu, jest niezdefiniowany i nieokreślony, wirtualny zbiór możliwości, więc człowiek go stwarza na swój  "obraz i podobieństwo" w świadomym akcie kreacji, a wtedy świat jest mu podległy i spełniający jego duchowe i materialne potrzeby, lub poprzez swą bierność i zaniechanie sprawia, że wtedy jest zabawką obcego, niepojętego świata. 
 
A zatem filozofia czynu stawia postulat odpowiedzialności za świat. Wielcy Polacy od Pawła Włodkowica, poprzez uczonych Arian, Wapowskiego, Miechowitę, Cieszkowskiego, Trentowskiego do Abramowskiego, na przestrzeni wieków głosili i czynem zaświadczali, że to do człowieka należy zorganizowanie świata doczesnego, bez względu na to, czy wierzy się w Boga i widzi jego całkowitą, moralną inercję, czy jest się agnostykiem i urządzenie świata traktuje jako ludzki, suwerenny obowiązek. 
 
Zatem czyn jest narzędziem wpływu na materialną rzeczywistość, ale także i narzędziem badawczym, rozszerzającym ludzką wiedzę. Dlatego tylko ludzka aktywność może zaświadczyć o słuszności tej filozofii, w przypadku bierności jest ona bezużyteczna. Zatem – do dzieła, z którego powstanie nowy, godny i lepszy kształt duchowy i materialny naszej Ojczyzny i zrodzi się ludzka uniwersalna mądrość, służąca także innym, ku humanistycznemu urządzeniu świata, ot co!    
 
Zatem do renesansu prawdziwie ludzkich wartości w Europie potrzebny jest tylko rozum i wola ludzi, filozofia czynu, aby idea pokojowej koegzystencji i międzyludzkiej kooperacji zastąpiła skompromitowane metody „amerykańskiej filozofii” zachłanności, agresji, egoizmu i rywalizacji. Teraz, jako członkowie zjednoczonej Europy, możemy skuteczniej wyrażać na forum politycznym ideę przywrócenia fundamentalnych wartości ludzkich, jako norm funkcjonowania społecznych wspólnot, lub bezrefleksyjnie lansować, niestety konsumpcyjną, bezkoncepcyjną bierność. 
 
Nasz kontynent ma tradycję kultury sięgającą kilka tysięcy lat wstecz, co nas zobowiązuje do czerpania z tradycji, więc konkurowanie z amerykańskim modelem cywilizacyjnym, tworem ekonomiczno-państwowym skonstruowanym ideowo i pragmatycznie przez fanatycznych dysydentów religijnych, poszukiwaczy przygód i pospolitych bandytów, nie może być traktowany poważnie, jako konkurencja w kształtowaniu modelu ludzkiego życia na Ziemi.
 
Europę stać potencjalnie na to, aby życiem jej obywateli rządziły nie wskaźniki bankowe i normy produkcyjne, ale wartości ludzkie, zarówno religijne jak i laickie, humanistyczne, mające na względzie człowieka jako osobę, jego dobro duchowe i radość istnienia w twórczym stawaniu się, a nie neurotyczne zachowania konsumpcyjne i rywalizacyjne, jako cel życiowych starań i aspiracji pod "troskliwą kuratelą" aparatu państwa, hodowcy państwowotwórczych egzemplarzy człowieka, skarlałego obywatela. 
 
I jeśli ta idea nie dochodzi do głosu w państwach bogatych, to znaczy, że poziom konsumpcyjnego zadowolenia i nasycenie świadomości radośnie spełnioną, hedonistycznie materialną formą egzystencji człowieczej, usypia duchowe aspiracje, usuwa w cień potrzebę twórczego i niezależnego kreowania oblicza ludzkiego świata. 
 
Ale Polska, spadkobierczyni idei "Rzeczpospolitej samorządnej" wylansowanej przez pierwszą Solidarność, obrończyni wolności jednostki i godności pracy, państwa działającego na rzecz obywateli pod kontrolą dobrze zorganizowanego ruchu związkowego, ma jeszcze świeżą pamięć zbiorowego doświadczenia społecznego solidaryzmu i wolności kreowania przestrzeni obywatelskiego czynu, powinna w zbiorowym akcie nieposłuszeństwa obywatelskiego odrzucić aktualny model państwa, autokratycznej pseudodemokracji, "bantustanu" zarządzanego przez oligarchie gangstersko-ubeckie, podatkowo-inwestycyjnego raju dla bezkarnego żerowania zachodnich korporacji i światowych banków…
 
Teraz nadchodzi odpowiedni moment, aby powiedzieć zbiorowo NIE dla polityki biurokratyczno-eksploatacyjnego traktowania społeczeństwa, zarządzania majątkiem państwowym na jego szkodę ponad głowami obywateli, oddawania autonomii państwa na rzecz (bez)prawnej kontroli przez struktury ponadpaństwowe (unijne). I pamiętajmy: zrobiły to już Węgry, a nasze środowiska niepodległościowe i obywatelskie dały wyraz naszego solidaryzmu, przemilczany przez sterowane media. Teraz właśnie nadchodzi "nasz czas", czas woli obywatelskiej, przebudzenia idei prawdziwej niepodległości, przejmowania przez świadomych racji stanu obywateli odpowiedzialności za losy Polski we własne, rozumne i patriotyczne ręce. 
 
Czeka nas "dogrywka" przegranej  w 1989 roku batalii o prawdziwie niepodległą, silną gospodarczo i niezależną od zewnętrznego sterowania politycznego Polskę… 
 
A więc: niemyślenie, bierność obywatelska, nabywanie i trawienie czy myślenie, postulaty obywateli realizowane przez państwo, przymuszenie państwa, aby stało się "spółdzielnią usługową dla obywatela" i rozwój duchowy człowieka w proporcjonalnym do poziomu cywilizacji dobrostanie materialnym, oto jest pytanie dla Polaka, obywatela i patrioty, strażnika i pomnożyciela dobra wspólnego, na które odpowiedź winna być czynem i postawą, a nie czczą deklaracją. 
 
To obowiązek czynu, bo ze słów nie powstaną domy dla ludzi, a nie lokale dla banków, praca, która nie degraduje, a daje satysfakcję i zapewnia godny poziom życia, infrastruktura i sieć komunikacyjna dla wygody obywatela, a nie na "łapu capu" budowana z powodu piłkarskiego EURO, a także dzieła sztuki dla wszystkich potrzebujących duchowej refleksji, a nie elitarnego bogactwa twórcy współczesnej "czczej i nihilistycznej formalistyki", prawdziwie sprawiedliwy ład społeczny i solidaryzm, bo jeno „po owocach ich poznacie”, a nie deklaracjach wyborczych, świadomych kłamstwach, pustych obietnicach. 
 
Klasa polityczna przegrała już swą farsę na arenie historii ostatnich dwudziestu kilku lat, obnażyła swą marność moralną, dyspozycyjność, sprzedajność. Teraz czas na nasze, obywatelskie zwycięstwo…
 
Ujeścisko, marzec 2012 r.                                                                                                                              AntoniK